FILMTOPIA POLECA

Zjawa

przez dn.3 stycznia 2016
 

Jaki jest sekret Leonardo DiCaprio?

Rozpoznawalność zapewnił sobie angażem w „Co gryzie Gilberta Grape’a" i „Romeo i Julii”, ale prawdziwą sławę zasmakował po roli Jacka Dawsona w „Titanicu”. Zdolny, przystojny, bez nałogowych wpadek. W czym tkwi sekret Leo?
 

DiCaprio urodził się w 1974 roku w dość biednej rodzinie. Od najmłodszych lat miał do czynienia z brutalnością i niemoralnością świata – rówieśnicy zażywali narkotyki, szybko tracili dziewictwo, a w rozpadającym się domu rodzinnym brakowało wzorców. Gdy jego przybranemu bratu zaczęło się powodzić w showbiznesie (grał w drobnych reklamach i filmach), Leo zechciał pójść w jego ślady – nie potrafił zrozumieć, jak można zarabiać grube pieniądze za uśmiechanie się do kamery. Początki były dość mozolne i trudne, jednak nie należał do ludzi, którzy szybko się zniechęcają. Jego prawdziwa kariera aktorska rozpoczęła się wraz z filmem „Co gryzie Gilberta Grape’a", w którym wcielał się w chorego umysłowo nastolatka, brata tytułowego Gilberta (w tej roli Johnny Depp). Kolejnym krokiem naprzód był dramat „Chłopięcy świat”, opowiadający historię przeciętnej amerykańskiej rodziny z problemami. Gra u boku Roberta De Niro miała duży wpływ na wówczas 19-letniego aktora. Zawsze z rozsądkiem dobierał role i nie każdy scenariusz zyskiwał jego uznanie. Reżysera Baza Luhrmanna po raz pierwszy spotkał podczas kręcenia „Romea i Julii”. Produkcja ta nie była niczym nowym, ponieważ Shakespeare’a i jego najbardziej znaną historię o zakazanej miłości czytali bodaj wszyscy. Luhrmann postanowił wprowadzić do ekranizacji tego XVI-wiecznego dramatu pewne innowacje. Owszem, aktorzy wygłaszali oryginalne, wierszowane kwestie, jednak akcję umieszczono w czasach współczesnych, a szpady zastąpiono bronią palną. Efekt może nie był imponujący, ale w pewnym sensie satysfakcjonujący, choć krytycy (jak zawsze w przypadku filmów z udziałem Leonardo DiCaprio) w swych ocenach byli dość podzieleni. Nadszedł rok 1996 – „Pokój Marvina” i „Titanic”. Rola Jacka Dawsona – przystojnego, ubogiego artysty – romansującego na Titanicu z Rose Bukater (Kate Winslet) przyczyniła się do uznania Leo za najprzystojniejszego mężczyznę. Odtąd stał się obiektem pożądania nastoletnich fanek. Ufając różnym doniesieniom, o których napisano w książce „DiCaprio. Tajemnica sukcesu” autorstwa Douglasa Wighta, nawet w odległej puszczy Amazońskiej nie mógł się cieszyć prywatnością. Pozwolę sobie na cytat. „W Brazylii postanowiłem wybrać się do serca lasu deszczowego, tysiące kilometrów od jakiegokolwiek miasta lub osady. Dotarłem do wioski Indian i poznałem plemię, które ją zamieszkiwało. Spotkałem również ich wodza. Był nagi i miał pomalowaną twarz. Pomyślałem: „O rany, uda mi się na chwilę zniknąć!”. Syn wodza siedział obok mnie i przez tłumacza opowiadał o wiosce. W pewnym momencie spojrzał na mnie i zapytał: „Leonardo?”. Odpowiedziałem: „Tak”. „DiCaprio?”. Znów potwierdziłem. „Titanic, prawda?”. Tak oto nawet w najbardziej odległym miejscu na Ziemi Leonardo nie mógł pozostać niezauważonym i nierozpoznanym”. 
 

Leonardo wielokrotnie podkreślał, że aktorstwo jest jego pasją i dopóty będzie grał, dopóki filmy z jego udziałem będą oglądane. Zapierał się, że nigdy nie robił tego dla pozytywnych głosów krytyków filmowych, czy statuetek, choć oczywiste jest, że zarówno docenienie płynące z recenzji, jak i nagród dowartościowuje. Kolejnym etapem w jego życiu był film „Złap mnie jeśli potrafisz” i „Gangi Nowego Jorku”. Obie produkcje miały premierę w 2002 roku i obie nie przyniosły Leo większych wyróżnień. Podczas kręcenia „Gangów” spotkał Martina Scorsese – jednego ze swoich idoli. Od tej pory panowie kilkukrotnie ze sobą współpracowali i za każdym razem wzajemnie siebie chwalili. W 2004 roku na ekrany kin wszedł „Aviator” (właśnie w reż. Martina Scorsese) – film opowiadający o losach Howarda Hughesa – milionera, pilota, producenta, mężczyzny walczącego z nerwicą natręctw. DiCaprio zagrał wybitnie, jednak jak zawsze musiał się zadowolić nagrodą pocieszenia – Złotym Globem (dla najlepszego aktora w dramacie). Leonardo zawsze gustował w postaciach skomplikowanych, o złożonych charakterach, trudnych do odegrania. Podczas pracy nad „Krwawym diamentem” przeżył społeczne i gospodarcze oświecenie. Postanowił wziąć udział w licznych kampaniach informacyjnych, których zadaniem miało być uświadomienie konsumentów, jaką drogę pokonuje kupowany przez nich towar i jakimi wysiłkami i poświęceniem bywa okupywany. „W sieci kłamstw” to kolejna produkcja, w której musiał zmierzyć się ze złem świata i egoizmem rządzących. U boku Russella Crowe wcielił się w agenta CIA rozpracowującego grupę terrorystów. Następnym filmowym krokiem był rok 2010 i fenomenalna „Incepcja”. Zagranie Doma Cobba być może nie należało do najtrudniejszych, jednak wszystko to, czego Leonardo doświadczył na planie filmowym przechodziło jego najśmielsze oczekiwania. Ruszające się ściany, sceny nagrywane raz na plaży, raz w zaspach śnieżnych, liczni kaskaderzy, czy kilkugodzinne pływanie pod wodą – to tylko niektóre przeżycia z planu, które Leo zapamiętał na zawsze. Jeszcze w tym samym roku mogliśmy obejrzeć bodaj najmroczniejszy film z jego udziałem. Mam na myśli „Wyspę Tajemnic”. Dla każdego prawdziwego fana talentu DiCaprio jest to pozycja obowiązkowa. Scenariusz został tak skonstruowany, że wszelkie fakty w tym samym czasie poznają zarówno widzowie, jak i główni bohaterowie. Rolą szeryfa federalnego (stawiającego na pierwszym miejscu prawdę i sprawiedliwość) ponownie walczył o Oscara i ponownie u boku Scorsese, jednak tym razem nie doczekał się nawet nominacji… Ta porażka na szczęście go nie zniechęciła i nie zmienił swojego patentu na dobór ról. W kolejnym roku na jego aktorski warsztat trafił „J. Edgar”. Każda scena z udziałem DiCaprio kosztowała kilkugodzinną charakteryzację. Kilogramy makijażu, doczepiana tkanka tłuszczowa (Leo był w tym czasie w dobrej formie, podczas gdy grana przez niego postać miała lekką nadwagę) i złożoność osobowości J. Edgara Hoovera były nie lada wyzwaniem, z którym aktor świetnie sobie poradził. Jako dyrektor FBI, który z jednej strony był zdyscyplinowany i sumienny, z drugiej zaś nadużywał uprawnień i obnosił się ze swoim homoseksualizmem, dostał jedynie nominację do Złotych Globów. Kolejny cios. Całkiem niedawno ponownie mogliśmy oglądać go na dużym ekranie. Tym razem był to efekt współpracy z Quentinem Tarantino. Niewielka rola wybuchowego i okrutnego, acz ułożonego i wyrafinowanego Calvina Candiego ponownie przyniosła mu uznanie. Mimo, iż przypadł mu w udziale bohater drugoplanowy, jego kreacja przeszła najśmielsze oczekiwania i zdecydowanie wysunęła się na pierwszy plan, tuż obok dwóch głównych bohaterów – tytułowego Django (Jamie Foxx) i doktora Kinga Schultza (Christoph Waltz). W 2013 roku zasmakowaliśmy kolejnej wybitnej roli – Leo wcielił się w postać Jay'a Gatsby’ego w filmie „Wielki Gatsby” (ponowna współpraca z Bazem Luhrmannem). Z niezwykłą lekkością oddał wybuchowy charakter Gatsby’ego – jego upór, spryt, zapalczywość i bezkompromisowość. Ale jedna rola na rok to dla niego zdecydowanie za mało. Bez wahania przyjął więc angaż w filmie „Wilk z Wall Street”. W takim lekko komediowym wydaniu jeszcze nigdy go nie widzieliśmy – Jordan Belfort to rozrzutny broker, którego błyskawiczna kariera w świecie Wall Street i lekka ręka do wydawania fortuny na zabawę, używki i wymyślne zachcianki przyczyniły się do zainteresowania się nim służb federalnych. Kolejna Oscarowa rola i kolejna rola bez Oscara.
 

W ciągu ostatnich lat DiCaprio zachwyca. Żeby to stwierdzić niepotrzebne są Oscary, Złote Globy czy inne wyróżnienia. Leo z roku na rok staje się żywą legendą. Na warsztat bierze złożone charaktery, bohaterów zakrawających na miano chorych psychicznie, niemoralnych lub moralnych, lecz chorobliwie nieszczęśliwych. Każdy z nich dzielnie zmaga się ze swoimi problemami i, gdyby chcieć im się przyjrzeć, w rezultacie z nimi wygrywa. 
 

W czym tkwi sekret Leonardo DiCaprio? W konsekwencji, wyśmienitym poczuciu dobrego smaku, chęci rozwijania się i w szukaniu ku temu okazji. Być może przylgnęła do niego łatka Don Juana, jednak w poważnym świecie filmu powinniśmy zajmować się jedynie jego umiejętnościami aktorskimi. Pomimo to, jeśli kogoś gorszy jego życie prywatne (chyba tylko kwestia zmieniania partnerek życiowych, bo większych skandali z jego udziałem nie ma), to na pewno filmy z jego udziałem nie zniesmaczają, a wręcz przeciwnie – każdy z nich niesie ze sobą jakieś konkretne przesłanie i jest prawdziwą kinematograficzną ucztą.
 

Są tacy znani hollywoodzcy aktorzy, którzy budzą w nas litość. Do tego grona niewątpliwie należy właśnie Leonardo DiCaprio. Najbardziej niedoceniany, pomijany i wypierany z pamięci przez Akademię Filmową. Tak bardzo traktowany po macoszemu, że aż ma się ochotę polecieć do Stanów tylko po to, by okazać mu wsparcie i go przytulić… Nie trudno sobie wyobrazić, że brak Oscara wpływa na jego psychikę. Bardzo dobry aktor, świetne filmy i wprost rewelacyjne role. Gdzie popełnia błąd? Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie i co rok na przełomie stycznia i lutego (gdy pojawiają się nominacje do Oscarów) zaczynam swoje rozmyślania na ten temat. 
 

Reasumując, od 2004 roku średnio co dwa lata pojawia się film, za który DiCaprio powinien zostać wyróżniony.

2004 rok – „Aviator”
2006 rok – „Infiltracja”
2008 rok – „W sieci kłamstw”
2010 rok – „Incepcja” i „Wyspa Tajemnic”
2011 rok – „J. Edgar”
2012 rok – „Django”
2013 rok – „Wielki Gatsby” i „Wilk z Wall Street”
i 2015 rok – „Zjawa”
 

Wprost nie mogę uwierzyć, że po tylu latach ambitnej pracy Leonardo nie ma w sypialni statuetki Oscara. Mam szczerą nadzieję, że tegoroczna gala będzie dla niego miłym wydarzeniem, ponieważ jego talent zasługuje na niejedną nagrodę.
 


Przejdźmy jednak do „Zjawy”.
 

Plan nakręcenia filmu w oparciu o powieść Michaela Punke „The Revenant: A Novel of Revenge” powstał już dawno temu, bo w roku 2001. Pierwotnie fotel reżysera miał zająć Park Chan-wook, później John Hillcoat, a koniec końców „Zjawę” złapał i nakręcił Alejandro González Iñárritu. I bardzo dobrze. Pisanie o tym filmie nie jest łatwe. Głównym tematem jest zemsta, która nigdy do logicznych nie należy, a jej odbiór i zasadność zawsze są bardzo subiektywne.
 

Akcję osadzono w roku 1823 w ówczesnej Ameryce Północnej. Poznajemy grupę traperów (myśliwych polujących na zwierzęta futerkowe) dowodzonych przez kapitana Andrew Henry’ego. Gdy mężczyźni zostają zaatakowani przez zaciekłych wrogów, Indian Arikara, nie pozostaje im nic innego, niż ucieczka. Mimo to życie zachowuje zaledwie kilka osób – aż 33 ponosi śmierć. Już na samym początku niebezpiecznej wyprawy w kierunku „domu” John Fitzgerald (Tom Hardy) podważa wszystkie możliwe decyzje Hugh Glassa (Leonardo DiCaprio), pomimo iż, jego rolą jest zadbanie o wyznaczenie trasy i zapewnienie ocalałym bezpiecznego powrotu. W trakcie przeczesywania okolicy i sprawdzania, na jakim etapie pogoni za nimi są Indianie, Glass zostaje zaatakowany przez grizzly – konkretniej misią mamę broniącą swoje małe. Po tragicznym spotkaniu z niedźwiedziem Hugh zostaje ciężko ranny, choć trafniejsze byłoby powiedzenie, że zostaje zmasakrowany. Marsz przez góry z człowiekiem na noszach nie dość, że nie należy do szczególnie przyjemnych, to jest wręcz niemożliwy. Kapitan Henry podejmuje więc decyzję o zostawieniu Glassa z jego synem, Hawkiem, i dwoma ochotnikami (Fitzgeraldem i Jimem Bridgerem), którzy mają zadbać o jego godny pochówek. Pozostali udają się do Fortu Kiowa. Po nieskrywanej dotąd nienawiści Fitza łatwo się domyślić, że będzie on próbował przyspieszyć nieuchronną śmierć Hugh. Gdy Hawk zauważa, że John dusi jego ojca, napada na niego. W efekcie krótkiej przepychanki dzielny chłopak zostaje kilkukrotnie ugodzony nożem i umiera na oczach zrozpaczonego ojca, który na domiar złego ani nie może nic powiedzieć, ani się poruszyć. Koniec końców zostaje porzucony przez swoich „opiekunów” i zdany na pastwę losu. Widok umierającego syna, stającego w jego obronie, odciska na nim piętno i pomimo głębokich ran na ciele, w myślach poprzysięga odzyskanie sprawności i zemszczenie się na bezkarnym mordercy, Johnie Fitzgeraldzie.
 

Cała akcja filmu toczy się w górach, lasach i na zaśnieżonych polanach. Jest paskudnie zimno, ponuro i cicho. Przez większość czasu jesteśmy świadkami samotnej walki Glassa z własną niesprawnością, ograniczeniami ciała, zabójczym chłodem i bólem serca. Odbiór tego filmu nie jest łatwy. Będę to powtarzała, ponieważ ten film zdecydowanie nie jest dla wszystkich. Mimo, że nie poznajemy wewnętrznych przemyśleń Hugh, a przynajmniej nie są one podane jak na tacy, produkcja zakrawa na miano studium psychologicznego, a to, co nie jest powiedziane na głos, jest przedstawione za pomocą obrazów. Automatycznie przypomina nam się „Cast Away” z Tomem Hanksem z 2000 roku i jego walka o przetrwanie toczona z otaczającym go światem. Walka mozolna i wyczerpująca, ale ostatecznie udana. Czy podobnie będzie w tym przypadku? Prócz tego, że Glass stawia sobie za cel znalezienie się w Forcie to siłą napędową jest dla niego pomszczenie syna. Czy uda mu się tego dokonać?
 

Zdecydowanym atutem filmu jest sam reżyser. Iñárritu i jego wyjątkowe podejście do sztuki prowadzenia kamery. Niedawno mieliśmy możliwość oglądania innego jego filmu – „Birdmana” z 2014 roku. Prócz fantastycznego scenariusza i umiejscowienia akcji właściwie w jednym budynku, na wspomnienie zasługują także potwornie długie ujęcia. Kamera biegająca za i przed aktorami i niewielka ilość cięć. Coś pięknego! Chyba z tych głównych powodów „Birdman” był tak zaskakujący i tak dobry. Iñárritu przeniósł jeden z elementów do „Zjawy” – właśnie sposób filmowania. Jest to szczególnie zauważalne w scenach, w których widzimy bijatykę, walkę na pięści, toporki i noże. Scena widoczna z lewej strony, z prawej, od dołu, z góry… Widzimy dosłownie wszystko. Są to ujęcia bardzo rzeczywiste od strony samego ruchu kamery, a w dodatku cholernie dobrze odegrane. Prawdziwy majstersztyk.
 

Zachęcam do obejrzenia „Zjawy”. Kino męczące, ale warte poświęcenia dlań czasu. W dodatku kolejna wybitna rola DiCaprio i oby tym razem nagrodzona Oscarem. Leonardo gra postać bezkompromisową, zawziętą i nieustępliwą. Wiele ryzykuje, ale jest tego świadomy, że ciąży na nim święty ojcowski obowiązek – krwawa zemsta.
 


PLUSY

+ wybitny Leonardo DiCaprio
+ Tom Hardy w roli mordercy i zdeprawowanego myśliwego
+ reżyseria Alejandro González Iñárritu i zdumiewające długie ujęcia
+ nastrojowa muzyka
+ dobre, ambitne kino

MINUSY

- za długi
- akcja dość monotonna i w efekcie nużąca

Ocena recenzenta
OCENA
8.0


komentarze
 
Zostaw odpowiedź»

 
  • Nina
    10 stycznia 2016 at 00:51

    Dziękuję bardzo za recenzję.
    Miałam wątpliwości co do tego filmu, ale teraz z pewnością go obejrzę.

    Odpowiedz

  • Radek
    12 stycznia 2016 at 11:58

    Nie jest to naj naj najlepsza rola DiCaprio ale też bym chciał żeby mial już tego Oscara… 😀

    Odpowiedz

    • Eunika
      29 stycznia 2016 at 08:57

      Nominacja już jest, choć walka będzie ostra (mam na myśli szczególnie Eddiego Redmayne’a). Być może Leo będzie musiał zadowolić się zdobytym Złotym Globem, jak to już miało miejsce;)

      Odpowiedz

  • arbus
    26 lutego 2016 at 08:03

    1. Obejrzany i dotrwany. Faktycznie jest za długi, potwornie nużący, choć akcja dość ciekawa.
    2. Świetne porównanie do Cast away. Też mi się to skojarzyło i sam nie wiem czy wolę Toma czy Leo..
    3. Scena z niedźwiedziem jest mistrzowska ! “Misia mama” rządzi.

    Odpowiedz