Projektantka

przez dn.5 maja 2016
 

„The Dressmaker” jest filmem niezwykle klimatycznym, przemyślanym i dającym do myślenia. To twór skończony i kompletny. Jakie tematy podejmuje? To niekonwencjonalna rozmowa z widzami na temat odmienności, różnorodności, poczucia braku akceptacji, zakazanej miłości, problemu moralności, braku empatii. Po takim opisie może okazać się to dziwne, jednak nie jest to film o homoseksualizmie. Nie jest to bowiem film, który na siłę próbuje być na topie.
 

To jedna z tych produkcji, którą bardzo szybko można błędnie zaszufladkować. Początkowe ujęcia. Lata 50. XX wieku, Australia. Długie, zniszczone sukienki, susza, ludzie siedzą na „starych śmieciach”, sprawiając, że podróżowanie po świecie to zaszczyt dla wybrańców losu. Jak się okazuje, jednym z tych szczęśliwców jest Myrtle Dunnage (w tej roli długo wyczekiwana Kate Winslet), choć na zadowoloną raczej nie wygląda… Pierwsze wrażenie ze spotkania z Tilly? Film będzie potwornie nudny, masakrycznie trudny w odbiorze, nic tylko wstać i wyjść z kina lub wyłączyć telewizor. Nic bardziej mylnego! Stoi przed wami jedna z ciekawszych produkcji ostatnich miesięcy.
 

Główna bohaterka, wspomniana już Tilly, to kobieta po przejściach, która mimo pewnego wybicia się z nizin społecznych, wciąż pozostaje pod wpływem klątwy małego, rodzinnego miasteczka i jego złośliwych, wybiórczo moralnych mieszkańców. I jak tu żyć?! Za Myrtle ciągnie się bliżej nieokreślona tragedia z dzieciństwa. Sama nie potrafi sobie przypomnieć, co wydarzyło się w tym miejscu i dlaczego odcisnęło to takie piętno na jej psychice. Mimo odnoszenia sukcesów zawodowych jako projektantka (podróżująca m.in. po Włoszech i Francji) postanowiła wrócić do domu, aby w końcu zrozumieć rozmazane wspomnienia. Już przy pierwszym spotkaniu z matką otwarcie pyta: „Czy jestem morderczynią?”. Nie jest to jednak jedyna tajemnica, którą skrywa rodzina Dunnage. Gdy mieszkańcy Dungatar sprowadzają „swoją” krawcową, jasne jest, że walka będzie tak zaciekła, że poleje się krew.
 

Mogłoby się wydawać, że tak zarysowany film przybierze kolory chrakterystyczne dla horrorów, postacie będą uosobieniem najbardziej przerażających wytworów naszych umysłów, a całość dopełni złowroga muzyka i skrzypiące drewniane belki na podłodze rozpadającej się chałupy. Nie, nie tym razem. Na pierwszy plan zdecydowanie wysuwają się kostiumy, których w tej produkcji jest tak wiele, że spokojnie starczyłoby ich na kilka innych dramatów osadzonych w połowie XX wieku. To przepiękne, idealnie dopasowane kreacje i ogółem akuratna charakteryzacja – fryzury i makijaże. Z jednej strony prawdziwe kopciuszkowe „łachy”, z drugiej zaś stroje rodem z okładki Vogue. Jest na czym zawiesić oko.
 

„The Dressmaker” to opowieść o odnajdywaniu siebie, poszukiwaniu swojej życiowej drogi, znajdywaniu odpowiedzi na nurtujące pytania. Kate Winslet znakomicie buduje ten nastrój. Nie mogąc przypomnieć sobie, z jakich powodów mieszkańcy małego Australijskiego miasteczka szczerze jej nienawidzą, urasta do rangi przeklętej, wiedźmy, morderczyni i… lesbijki. Wstrętni sąsiedzi każdą pozytywną myśl Myrtle lub jej dobry uczynek są w stanie przekształcić w czyn na miarę największego ludzkiego potwora. Jak możecie się domyślać, Tilly nim nie jest. Czy odnajdzie w sobie wystarczającą siłę, by zmierzyć się z miejscowymi dręczycielami? Czy oprawców spotka zasłużona kara? Kto okaże się katem, a kto jego ofiarą? Film zdecydowanie wart obejrzenia.
 

Zdarza się, że po zakończonym seansie odnosimy wrażenie, że w danej produkcji w ogóle nie było muzyki. „Projektantka” należy do tej zacnej grupy. Dlaczego zacnej? Jest to jeden z piękniejszych soundtracków – delikatny, miarkowany, ze świetnym wyczuciem, słowem cudne orkiestrowe brzmienia. Muzyka jest tak dopasowana do akcji, że podczas seansu niemal wcale nie zwraca się na nią uwagi. Jeden ze światowej sławy kompozytorów powiedział kiedyś, że prawdziwy komplement jest dla niego wtedy, gdy na spotkaniach nikt do niego nie podchodzi i nie mówi: „Świetna jest ta Twoja muzyka w X”. Rzeczywista wartość tej sfery filmu bywa niezauważana, bowiem przy najlepszej realizacji muzyka idealnie wpasowuje się w całokształt produkcji. Jest wówczas tak wybitna, że widz nie zwraca na nią uwagi. To tło, dopowiedzenie, artystyczna, subtelna otoczka. Nie przeszkadza, jedynie upiększa, potęgując emocjonalne doznania. Tak właśnie jest w tym przypadku. LINK
 


PLUSY

+ znakomita Kate Winslet - ostatnio była tak zjawiskowa w… „Titanicu”

+ przepiękna, nastrojowa, dopełniająca muzyka Davida Hirschfeldera, której spokojnie można słuchać w drodze do pracy

+ dobra historia - akcja intryguje, „wkręca”, uczestniczymy w pojedynku na emocje

+ Zemsta nie jedno ma imię

+ znakomite kostiumy, które wysuwają się na prowadzenie - pełna gama rozmaitych kreacji

+ aktorzy - mimo, że aktorów światowej sławy nie ma tu zbyt wielu obsada jest dobrana idealnie - niczego i nikogo w niej nie brakuje; każdy aktor jest odpowiedni do swojej roli, przez co mamy naprawdę świetny obraz

+ absolutne zaskoczenie w aktorskim wydaniu Hugo Weavinga

+ dramat z drobnymi elementami komedii i hmm… groteskowego psycho?


MINUSY

- początek jest zbyt nużący, przez co spora część widowni już na wstępie odpuści sobie tą filmową pozycję - ogromna szkoda

- jedno małe „ale” związane z obsadą - Liam Hemsworth mnie nie przekonał

Ocena recenzenta
OCENA
7.5


Bądź pierwszym, który skomentuje
 
Zostaw odpowiedź»

 

Zostaw odpowiedź