Point Break – Na fali

przez dn.11 maja 2016
 

Gdy zobaczyłam w kinie zapowiedź „Point Break”, powiedziałam sobie, że po pierwsze koniecznie muszę obejrzeć ten film (zapowiadał się niezmiernie ciekawie), a po drugie koniecznie muszę obejrzeć go w kinie. Właśnie do takich życiowych postanowień zachęca trailer, w którym nie brakuje pięknych krajobrazów i scen rodem z zawodów Red Bulla. Wszystko to największe wrażenie zrobi na widzu właśnie na wielkim ekranie.
 

Jaki jest „Point Break”?
 

1) Zaskakujący.

Jest sobie Johnny Utah, który w wyniku pewnych traumatycznych doświadczeń (za czasów kariery sportowca ekstremalnego) zmienia swoje życie i rezygnując z dotychczasowego hobby, wstępuje w szeregi agentów FBI. Da się. Mimo iż zwierzchnicy dość niechętnie podchodzą do jego osoby – powątpiewając w jego zaangażowanie i czystość kierujących nim pobudek – zostaje przydzielony do rozpracowania grupy sportowych „ekstremistów”, którzy cyklicznym, antyamerykańskim, anarchistycznym zachowaniem stają się ogólnoświatowym problemem.

Już pierwsza scena kładzie na łopatki, bowiem idealnie prowadzona kamera nie dość, że wciąga w akcję, to przez znakomite budowanie napięcia jest świetną zapowiedzią kolejnych filmowych wydarzeń. Zdecydowanym atutem „Point Break” są przepiękne krajobrazy. Często zapierają dech w piersiach. Widać, że twórcy tak uparcie unikali zielonych ekranów, jak tylko było to możliwe. Postawili na piękne, rzeczywiste widoki oraz kaskaderów i ich nieziemskie akrobacje niejednokrotnie stawiające ich na krawędzi życia lub śmierci. Jak się okazuje, proste (dla widzów) wygibasy w powietrzu wiązały się z wielogodzinnymi próbami, licznymi nagraniami i podjęciem ryzyka w imię dobrych zdjęć. Jak wyszło? Zdjęcia są dobre i robią wrażenie, jednak w tak napompowanej produkcji nie wystarczają… nawet w towarzystwie dobrych efektów specjalnych.

Chętnym polecam link.
Początek wprawdzie mało interesujący, ale końcówka jest ciekawa.
 

2) Rozczarowujący.

Przede wszystkim w dwóch kategoriach: scenariusza i obsady aktorskiej. Sama nie wiem, który punkt bardziej kuleje. Fabuła jest prosta, wręcz banalna, niczym nie zaskakuje, przez co wydarzenia same w sobie nie budzą większych emocji. Straszny błąd. W jakim celu kaskaderzy narażali swoje zdrowie? Można było wszystko nakręcić na zielonym ekranie… Scenariusz jest do bólu przewidywalny, więc przez większość czasu podchodzi się do akcji beznamiętnie. Jakiś tam nieważny romans, jakaś tam bijatyka, ale w gruncie rzeczy nic nas to nie interesuje. Zgroza… i wstyd…

Drugi problem stanowi obsada. Prócz tego, że mamy beznamiętny scenariusz, dostaliśmy jeszcze bardziej bezpłciowych i niewyraźnych aktorów. Zazwyczaj twórcy chcą jakoś ukryć wady swoich filmów, zatuszować błędy i niedoróbki. Odniosłam wrażenie, że w tym przypadku stwierdzili: „ładne widoczki i fiku-miku kilkorga facetów im wystarczy”. „Im”, czyli nam… I nie, nie wystarcza. Zdecydowanie sprzeciwiam się takiemu myśleniu. Najbardziej poważnie jak tylko potrafię – ten film mógłby być kinematograficznym arcydziełem, zapamiętanym na zawsze, dziedzictwem przekazywanym innym z pokolenia na pokolenie, lecz twórcy odpuścili, zadowalając się tymi nędznymi ochłapami. W ten sposób można wyjaśnić także kiepski zarobek „Point Break”, bowiem budżet filmu wyniósł 105 mln $, a zarobek jest szacowany (póki co) na jakieś 131 mln $. Jak na TAKI film jest to wynik dość mierny…, lecz w pełni wytłumaczalny. Wracając do obsady, kiepski jest Luke Bracey, Matias Varela, Clemens Schick czy Teresa Palmer – jedyna kobieta w tej produkcji. Mimo długiego seansu film dobiega końca, a my wciąż nic nie wiemy o głównych bohaterach. Jakąkolwiek atmosferę buduje Edgar Ramirez jako Bodhi, lecz co z tego, skoro inni psują efekty jego pracy?
 

3) Walczy o swoją pozycję.

Wiele osób upiera się przy tym, że jest to remake sensacji „Na fali” (angielski „Point Break”) z 1991 roku i nic poza tym nie widzi. Owszem, film oparty na bardzo podobnym schemacie, te same imiona bohaterów, jednak absolutnie nie można porównywać tych dwóch produkcji, m.in. przez wzgląd na fakt, że „oryginał” z lat 90. to akcja w wodzie i na wodzie, zaś „remake” to pokonywanie wszelkich barier i lęków – nie tylko pływanie, lecz także wspinaczka, latanie, czy skakanie. Nie zgadzam się na stawianie tych filmów obok siebie w celu ich kompletnego porównywania. Jest ono niemożliwe. Abstrahując od tego, że jest między nimi 24 (!) lata różnicy, co dla świata kinematografii to 24 lata świetlne…
 

4) Zachęca i daje do myślenia.

Do czego zachęca? Właśnie do myślenia. Przede wszystkim o tym, jak nie okazujemy szacunku przyrodzie, jak nie dbamy o naszą planetę i o siebie wzajemnie. Filmowe osiem prób Ozakiego otwiera dyskusję nad ośmioma próbami na człowieczeństwo… Sam zastanów się, jakie mogłyby to być próby i czego miałby dowieść.
 


Nie ukrywam, że miałam duży problem z oceną „Point Break”. Z jednej strony mamy elementy (wspomniane już zdjęcia, wyczyny kaskaderskie, krajobrazy), które bez namysłu można ocenić na 10, z drugiej zaś kwestie aktorstwa i fabuły są nie do zaakceptowania. Najbardziej obiektywnie jak tylko potrafię -> 5.9

Jestem bardzo ciekawa Waszych ocen i poseansowych wrażeń. Zachęcam do dyskusji.

 


PLUSY

+ zdjęcia

+ montaż

+ przepiękne krajobrazy

+ wyczyny kaskaderów zamiast zielonego ekranu są ogromnym atutem

MINUSY

- aktorstwo - sztuczna, drewniana gra totalnie pozbawiona emocji

- nie wiem, kto wybrał Luke’a Bracey’a na odtwórcę głównej roli - jedyne co sobą reprezentuje to mięśnie

- scenariusz - jeden z gorszych scenariuszy ostatnich miesięcy, przez który totalnie zmarnowano potencjał tego filmu…
- dwaj główni bohaterowie (Utah i Bodhi) są niemal sportowymi kochankami - „niemal”, bo za grosz nie ma między nimi chemii

- beznamiętność, szarość, nijakość, bylejakość - ze świetnych zdjęć nie da się zbudować fenomenalnego filmu…


Ocena recenzenta
OCENA
5.9


komentarze
 
Zostaw odpowiedź»