Life

przez dn.10 kwietnia 2017
Do oglądania z:
 

(rodzicem) - raczej nie

(mężczyzną) - tak

(dzieckiem) - nie

 

Jako wierny fan wszelakiej fantastyki za każdym razem z niecierpliwością czekam na najnowsze produkcje o kosmosie. Byłam zachwycona, gdy dowiedziałam się, że na początku tego roku w kinach zawita „Life” – w dodatku w tak znakomitej obsadzie (Jake Gyllenhaal, Ryan Reynolds, Hiroyuki Sanada). Mój entuzjazm niestety został potraktowany kubłem zimnej wody już w trakcie pierwszych minut seansu… kubłem tak dużych rozmiarów, że wody starczyło do napisów końcowych, w trakcie których co i rusz wybuchałam niekontrolowanym śmiechem. To nie żart…
 

„Life” to opowieść o kilkuosobowej ekipie Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, mającej za zadanie przejęcie organicznej próbki pochodzącej z Marsa – próbki będącej dowodem na istnienie życia na czerwonej planecie. Astronauci rozpoczynają badania na zdobytym materiale. W wyniku awarii w części laboratoryjnej statku próbka zostaje wystawiona na ekstremalne oddziaływanie sztucznie stworzonego „środowiska”, co skutkuje niebywale szybkim mutowaniem marsjańskiego organizmu. Naukowcy chwytają się różnych metod, aby nie dopuścić do tego, by początkowo uroczy obiekt (nazwany przez nich Calvinem), stał się rzeczywistym zagrożeniem dla Ziemi. Czy sześcioosobowa ekipa (najlepszych z najlepszych) Ziemian wygra z kosmicznym bytem? Czy zapewni bezpieczeństwo naszej planecie? Jaki los czeka Calvina?


 

PLUSY

+ efekty, czyli poprawny technicznie

+ Jake Gyllenhaal i Ryan Reynolds, chociaż ich kreacje szybko zostaną przez nas zapomniane…

+ muzyka, która próbuje ratować całość i na siłę tworzy oczekiwaną przez nas atmosferę


MINUSY

- scenariusz - szablonowy, do bólu przewidywalny, powtarzający stereotypy, kopiujący znane nam koncepcje, czyli totalny brak świeżego powiewu

- głupota i naiwność bohaterów - podejmują absurdalne decyzje, które są złe nawet w percepcji laika

- po macoszemu potraktowano role kobiece - zdecydowanie umykają i są pozbawione wyrazu

- trzy wybitne jednostki, czyli Jake Gyllenhaal, Ryan Reynolds, Hiroyuki Sanada, które giną w ogólnej beznadziejności

- gatunkowe pomieszanie z poplątaniem, które tak czy owak nie angażuje widza w akcję - po części horror (niektóre sceny są tak obrzydliwe, że aż trudno na nie patrzeć na wielkim ekranie), po części klasyczny sci-fi z niewielką dozą thrillera

- zakończenie, na którym śmiałam się do łez… poważnie (!)


Ocena recenzenta
OCENA
5.9


Bądź pierwszym, który skomentuje
 
Zostaw odpowiedź»