FILMTOPIA POLECA

Korzenie

przez dn.12 lipca 2016
 

Ach ta ironiczna historia… Po latach uciera nosa tym, którzy swego czasu błądzili, kpili i znieważali. Robi to również „Roots” – opowieść o tożsamości, bezgranicznej odwadze i niewyobrażalnym poświęceniu w obronie swojego imienia i imion przodków. Ukazuje siłę miłości i lojalności względem własnych przekonań. Potęgę wszystkiego, co wpływa na naszą samoświadomość…
 

Po „Korzenie” prawdopodobnie nigdy bym nie sięgnęła. Opisy serialu raczej zniechęcające, trudna tematyka, kiepskiej jakości zdjęcia i długie odcinki. Ale to i tak dopiero, gdy w ogóle „Roots” zostanie przez nas odnaleziony w ogromnym morzu produkcji filmowych. Jako fanka talentu Jonathana Rhysa Meyersa nie mogłam jednak przegapić tej pozycji. I stało się. Usiadłam i zmusiłam się do obejrzenia pierwszego odcinka. Nieoczekiwanie z zapartym tchem przeszłam do drugiego i tak oto w dwa dni poznałam całą rodzinę Kunta Kinte.
 

Mimo, że akcja „Korzeni” rozpoczyna się narodzinami Kunta Kinte, produkcja nie jest w niego ślepo zapatrzona. Staje się on jednak źródłem mądrości, pewnego rodzaju wyznacznikiem moralności i niezaprzeczalnie wzorem do naśladowania dla potomków. Przez całe życie udowadniał, że rodzina jest siłą samą w sobie, zaś nasze imiona to najważniejszy budulec naszych dusz. Twórcy pomagają widzom prześledzić sporą część drzewa genealogicznego jego rodziny mieszkającej w Juffure w Gambii (Afryka Zachodnia). Począwszy od roku 1770 akcja serialu kończy się po roku 1865 (po zamachu na życie Abrahama Lincolna, 16. prezydenta USA). Już na początku pierwszego odcinka łatwo zrozumieć tempo prezentowania akcji. Liczne skoki w czasie (o dwa, pięć czy nawet dwadzieścia lat) ostatecznie korzystnie wpływają na przedstawianą historię – ukazują jej ogromną skalę i powagę problemu, z którym borykała się Ameryka – niewolnictwo. Słowo to, które w dalszym ciągu emanuje nienawiścią i budzi odrazę jest często zapominane przez współczesny świat. To przykre, zwłaszcza w czasach, w których ciemnoskóry mężczyzna jest Prezydentem Stanów. Tych Stanów, w których wcale nie tak dawno ciemiężono, katowano, gwałcono i zabijano „murzynów”. Kolejne słowo, które wciąż jest śladem tamtych czasów!„Nigger” (bardziej jako „czarnuch”) wciąż jest obrazą i obelgą nie do wybaczenia. Nie ma się co dziwić, bowiem lekkiej historii nie mają. „Oni”, ale zarazem również „my”, ponieważ „białasy” wówczas pokazały, na jak niskim poziomie intelektualnym i moralnym egzystowały… Co warto zaznaczyć, „Roots” znakomicie oddaje skalę rasizmu – problemu do dziś ledwo ogarniętego. Nienawiść, nienawiść, nienawiść i chęć wywyższenia siebie… Doprawdy okrutne.
 

W historii rodziny Kunta Kinte łatwo jest się zgubić (korzenie ładnie się rozrosły), jednak mimo to przesłanie twórców nieuchronnie znajduje swoje miejsce w głowach widzów. Jakby cała produkcja miała być przestrogą dla potomnych, radą na kolejne stulecia: „tak było, a było doprawdy okrutnie, z cierpieniem nie do opisania, zatem nie wracajmy już nigdy do tego, przysięgnijcie”. Jest to lekcja miłości, tolerancji, akceptacji wszelkiej różnorodności i wzajemnego szacunku. O tym właśnie są „Korzenie” – o ułatwianiu innym ludziom bycia sobą i akceptowania ich inności, ponieważ względem świata są oni wolni i mają prawo do własnej tożsamości.
 

Zdecydowanie zabrakło mi większego celebrowania i doceniania „starych” pokoleń. Scenarzyści zgrabnie usuwali je z ekranu i więcej już do nich nie wracali (prócz ostatniej sceny w czwartej części). Żałuję, choć rozumiem. Gdyby poświęcić wszystkim ważnym elementom odpowiednią ilość czasu, z czterech odcinków zrobiłby się kilkusezonowy serial, a przecież nie takie było założenie tej produkcji.
 

Naprawdę bardzo dobre role ciemnoskórych aktorów, z których zapewne większości nigdy nie widzieliście na ekranie. Odcinki pięknie osadzone w tamtejszych realiach – scenografia, kostiumy, praktykowane zwyczaje, muzyka. Chwilami aż trudno uwierzyć, że serial powstawał w zeszłym roku (!). Refleksyjny, zapadający w pamięć, zmuszający do przemyśleń. Nieprzeciętny, dobitny, brutalny, prawdziwy. Wartościowy.
 

Kunta Kinte to każdy z nas. Niesiemy swój bagaż doświadczeń, smutków, ale i radości. Każdy z nas ma i zna swoją tożsamość. Wzorem Kunta Kinte (dzielnego wojownika, dobrego człowieka i wspaniałego syna, męża i ojca) chrońmy pamięć o naszych przodkach i doceniajmy ich życie, bowiem gdyby nie oni… nigdy byśmy nie istnieli… 
 


PLUSY

+ ma cel i znakomicie go osiąga - pobudza do myślenia i „grzebie” w emocjach

+ dobry remake serialu z 1977 roku (ten sam tytuł)

+ ukazanie drzewa genealogicznego Kunta Kinte - to nie tylko przejście przez kolejne pokolenia, to udane próby zaprzyjaźnienia widza z każdym bohaterem

+ ważne tematy: niewolnictwo, rasizm, panowanie białych egoistów

+ dobitność - w serialu nie brakuje okrucieństwa, gwałtów, bólu i łez

+ główny bohater, Kunta Kinte - wartość sama w sobie, absolutny wzór do naśladowania

+ wiarygodny, zachęcający do aktywności, np. obrony swoich przekonań, świadomości własnej wartości

+ ogólny obraz bardzo autentyczny - ma na to wpływ m.in. dobór obsady

+ rola tożsamości każdego człowieka - kim bez niej jesteśmy?

+ znakomite przypomnienie historii Stanów Zjednoczonych

+ chichot losu - ciemnoskóry mężczyzna (w domyśle: Barack Obama) jest jednym z najbardziej poważanych ludzi na świecie

+ wisienka na torcie - zdecydowana większość ciemnoskórych aktorów nosi piękne imiona i nazwiska o afrykańskiej proweniencji 


MINUSY

- za długie odcinki, zbyt rozciągnięty scenariusz - zmęczenie daje się we znaki; twórcy chcieli pokazać wszystko, nieważne czy widz może to udźwignąć, czy nie

Ocena recenzenta
OCENA
8.2


Bądź pierwszym, który skomentuje
 
Zostaw odpowiedź»