FILMTOPIA POLECA

Idol

przez dn.10 listopada 2015
 

Przyznam się bez bicia, że "Idola" odkładałam tak długo, jak tylko było to możliwe. Błąd! Jeżeli macie podobnie, jeszcze dziś spędźcie z nim wieczór. Naprawę warto.
 

Dlaczego tak uparcie się wzbraniałam? Opis filmu, plakaty, zdjęcia, wszystko wskazywało na to, że będzie to kolejna produkcja w stylu "poznaj biografię fantastycznego artysty", czyli coś na pierwszy rzut oka bardzo podobnego do filmów o Celine Dion czy Elvisie Presleyu. Ostatnio nie miałam szczególnej ochoty na filmy biograficzne, więc wybór należał do banalnie prostych – byle jak najdalej od "Danny'ego Collinsa" (będę posługiwała się angielskim tytułem – wyjaśnienie znajdziecie w "minusach"). Gdy kilka dni temu zostałam doń zmuszona przez moją lepszą połowę, seans bardzo mnie zaskoczył.
 

"Danny Collins" jest wprawdzie dramatem, lecz chyba w takim samym stopniu komedią. I to najbardziej zaskakuje – lekkie żarty, zabawne dialogi, śmieszne sceny, mimo że niekiedy są one pełne cierpienia i smutku. Co warto zaznaczyć, jest to opowieść z lekką domieszką prawdziwej historii. Chociaż tytułowy Danny Collins jest postacią fikcyjną, to genezą jego losów są wspomnienia pewnego brytyjskiego wokalisty, Steve'a Tilstona, mającego swój showbiznesowy debiut w 1971 roku.
 

Jak łatwo domyślić się ze zdjęć i plakatów, główna rola trafiła do Ala Pacino. To, co budziło moje wątpliwości, okazało się świetną decyzją. Chyba nikt nie byłby bardziej odpowiedni do stworzenia tej kreacji. Od razu na myśl przychodzi porównanie: Al Pacino jest tak wiarygodny w roli Collinsa, jak Johnny Depp jako Jack Sparrow. Obaj wnieśli coś innowacyjnego do granej przez siebie postaci i owe "coś" jest na tyle ich własne, że w pełni ufamy ich gestom, słowom i wyborom.
 

Danny Collins to światowej sławy piosenkarz, który od kilkudziesięciu lat koncertuje, cierpiąc zarazem z powodu monotonii swojego repertuaru, ponieważ od dłuuuugiego czasu jest on niezmienny. Zaszufladkowany przez producentów i fanów, nieszczęśliwy i samotny zmienia swój sposób życia, gdy dowiaduje się od swojego managera i zarazem najlepszego przyjaciela (Christopher Plummer), że wiele lat temu, na początku jego kariery, w odpowiedzi na przeprowadzony z nim wywiad, zamieszczony w magazynie "ZigZag", John Lennon napisał do niego list (to naprawdę miało miejsce!). Znalazło się w nim wiele dobrych i wspierających słów, otwierających także drzwi do ich ewentualnej współpracy, do której Lennon podchodził bardzo optymistycznie. Collins, zszokowany tym znaleziskiem, zastanawia się, jak potoczyłoby się jego życie, gdyby miał okazję poznać Lennona i Yoko Ono i podążyć wraz z nimi muzyczną ścieżką. Te myśli skłaniają go do kolejnych refleksji. Postanawia zmniejszyć ilość spożywanego alkoholu, rzucić wszelkie narkotyki (których każdego dnia było dość sporo), skończyć z imprezowaniem i zakończyć kłamliwy związek z narzeczoną (wiecznie zajętą łóżkowymi zabawami z kochankiem, któremu Danny nadaje piękny pseudonim: "Nic specjalnego"). Rezygnacje nie są jednak jedynymi wprowadzonymi zmianami. Wokalista postanawia zacząć działać i rozpoczyna starania o naprawienie relacji z nigdy niepoznanym, już przeszło trzydziestoletnim, synem i jego rodziną. Co więcej, wyprowadza się ze swojej willi na rzecz skromnego pokoju w (już mniej skromnym) Hotelu Hilton i przewozi do niego swój fortepian (ukochany przeze mnie Steinway), w nadziei na to, że czas zmian będzie dotyczył także jego wypranego już repertuaru. Realizowanie nowych celów nie będzie jednak bezproblemowe. Kimże jednak byłby człowiek (i Collins), gdyby nie miał w sobie wystarczającej ilości samozaparcia…?
 

Mimo, że życie dało mu w kość – sława nigdy nie była korzystna dla jego psychiki (codzienne myśli samobójcze) i zdrowia (notoryczne libacje alkoholowo-narkotykowe) – Collins nigdy nie stracił poczucia humoru i udzielającego się innym optymizmu. Jego relacje z synem nie zostają uzdrowione, jak za dotknięciem magicznej różdżki, ponieważ jest między nimi dużo negatywnej energii, zwłaszcza silnie emanującej od Toma (w tej roli Bobby Cannavale). Danny postanawia jednak walczyć o swoją rodzinę aż do końca, pomimo tego, że pierwsze spotkanie kończy się takimi słowami sfrustrowanego syna: „Taa, jestem szczęśliwy (z ironią)… Pierdol się, Ty samolubny dziadu. Teraz jestem wściekły (trzaśnięcie drzwiami)”.
 

Muzyka. Często zwracam uwagę, że muzyka jest w jakimś filmie piękna, albo współistnieje z akcją. W tym przypadku jest podobnie, ale wprowadza nas  ona w inny klimat. Przez cały seans towarzyszą nam utwory Johna Lennona, takie jak: "Imagine", "Beautiful Boy", "Nobody Told Me", "Dream", "Love", czy "Instant Karma", które sprawiają, że całą akcję odbieramy bardziej refleksyjnie – w końcu to dźwięki samego Lennona i historia oparta na tragicznym zbiegu okoliczności, jakim jest niepoznanie się naszego bohatera z tym wielkim artystą. Fabuła skłania nas do rozważań nad własnym życiem, ale to muzyka wprowadza nas w nastrój idealny do przeżycia katharsis. Nie przesadzam. Fala pięknych dźwięków współtworzy fabułę i wywiera na widza spory wpływ. 
 

Film pełen jest ciekawych, nieco zaskakujących rozwiązań. Zatem, czy Danny odzyska szacunek syna? Czy uda im się stworzyć rodzinę, której w głębi serca oboje pragną? Czy Collins odnajdzie wenę i będzie miał na tyle odwagi, by zaprezentować się swoim fanom w nowym, lirycznym repertuarze?


Czas spoilerowy.
 

Jedna z najbardziej wzruszających scen to zamykająca produkcję rozmowa Danny'ego z synem, mająca miejsce w trakcie oczekiwania na lekarza, który za chwilę ma wejść do gabinetu i przynieść wiadomości o postępach w leczeniu Toma z jego lekoopornej odmiany białaczki. Dialog jest wprost rewelacyjny. Gdy oboje koncentrują się wyłącznie na tym, jak złą nowinę przyjdzie im usłyszeć, wiecznie optymistyczny Danny mówi:

Danny Collins – Wiesz, Tom. Tak rozmyślałem i zauważyłem coś bardzo interesującego. Z jakimikolwiek wieściami wchodzi tu ten lekarz, albo nazywa Cię „panie Donnelly”, albo „Tom”. (zerka na syna) Zauważyłeś to? Zawsze jedno z tych dwóch. Teraz posłuchaj, jeśli nazywa Cię „panie Donnelly”, to nigdy nie są to dobre wieści, np. kiedy nie podobają mu się twoje wyniki badań, ale kiedy nazywa Cię „Tom”, to zawsze przynosi dobre wiadomości, np. kiedy podobała mu się ilość twoich białych krwinek, pamiętasz? Nazwał Cię wtedy „Tom”. Mam to tutaj (pokazuje na notes), robiłem notatki, dosłownie za każdym razem. Będzie dobrze, jeśli nazwie Cię „Tom”, więc to jest to, czego teraz chcemy. Zatem gdy tu przyjdzie i otworzy te drzwi (pokazuje w kierunku drzwi), chcemy, by nazwał Cię „Tom”… To wszystko, czego teraz chcemy. Rozumiesz? (wyczekuje u syna aprobaty) No więc… Skupmy się teraz… właśnie na tym. OK?
Tom – OK.
Danny Collins – Wszystko będzie dobrze, synu. (z przejęciem)
Tom – Obiecujesz? (nie dowierza)
Danny Collins – A czy kiedykolwiek Cię zawiodłem?
(przypominam, że poznali się raptem kilka dni temu;)
Tom – Jesteś niepoważnym człowiekiem, wiesz o tym? (z uśmiechem)
Danny Collins – Wiem. Tak mi mówiono. Taaak, on tu wejdzie i nazwie Cię „Tom” i wszystko będzie dobrze… Zgadza się? (jakby do siebie) Wszystko będzie dobrze.
(otwierają się drzwi i do gabinetu wchodzi lekarz)
lekarz – OK, Tom, oto na czym stoimy…

Monolog Collinsa kompletnie rozładowuje napiętą atmosferę. Tym samym Tom otrzymuje właśnie takie wsparcie, którego zawsze mu brakowało. Wie, że cokolwiek by się nie zdarzyło, to ma obok siebie ojca, który wprawdzie potrzebował więcej czasu, niż każdy by tego oczekiwał, ale troszczy się o niego i bardzo go kocha.


Więcej szczegółów nie zdradzę, ponieważ błędem byłoby pozbawiać Was tych przeżyć. Warto zobaczyć tę produkcję, w której refleksja łączy się z nieustającym żartem. Niezwykła jest tu także Jennifer Garner, która wciela się w ciężarną żonę Toma, Samanthę, z jednej strony nieustępliwie wspierającą męża w podjętych przez niego decyzjach, z drugiej zaś bardziej miłosierną i skłonną do przebaczenia.
 

W filmie zobaczycie także Giselle Eisenberg w roli kilkuletniej dziewczynki cierpiącej na ADHD. Mimo, że sceny z Hope Donnelly w odbiorze nie należą do najłatwiejszych, świetnie oddają realia życia z dzieckiem, które cierpi na zespół nadpobudliwości psychoruchowej. Film ukazuje, jak bardzo choroba ta daje się we znaki zarówno rodzicom takiej pociechy, jak i jej samej. Oni jednak, jak przystało na kochającą i twórczą parę, mają na to pewien patent, który dla każdego z nas może kiedyś okazać się pomocny. W chwili pełnej napięcia:
– Twoim ulubionym kwiatem jest…
– …Róża.
– By ją powąchać, oddychasz przez…
(głęboki wdech powietrza przez nos)
– Zatrzymaj, tak długo jak się da i wtedy wypuść tylko raz…
(spokojne wypuszczenie powietrza ustami)
 

Tak oto stoi przed Wami "Danny Collins". Bardzo dobry dramat z dużą dawką dobrej komedii. Polecam, zwłaszcza wszystkim niezdecydowanym.
 


PLUSY

+ przepiękna i przenosząca do innego wymiaru muzyka Johna Lennona
+ bardzo dobra rola Ala Pacino
+ znakomite połączenie dramatu z komedią
+ fabuła skonstruowana na autentycznym wydarzeniu

MINUSY

- mimo, że właśnie taki był zamysł scenariusza, sceny przy hotelowej recepcji nie należą do najsilniejszych
- nie jest to wprawdzie minus samego filmu, ale nie sposób o tym nie wspomnieć... Polskie tytuły zagranicznych tworów już nie raz frustrowały, a ta produkcja jest tego świetnym przykładem. Jeżeli film o piosenkarzu, który nazywa się Danny Collins, nosi tytuł "Danny Collins", jaki jest cel zmieniania go na siłę na "Idol"? Nie jest to przecież nieudolne tłumaczenie oryginału! Przypomnę tylko, że zamysłem przekładania tytułów na język polski jest zbliżenie danego filmu do polskiego widza. Czym zatem piosenkarz, Danny Collins, w wersji amerykańskiej różni się od polskiej? Polakom trzeba niestety wyjaśnić, że Collins jest idolem, ponieważ sami nigdy by do takich wniosków nie doszli... I słusznie, ponieważ Danny Collins nie jest idolem, jest jedynie sławny... Co poniektórych odsyłam zatem do Słownika języka polskiego.

Ocena recenzenta
OCENA
8.0


komentarze
 
Zostaw odpowiedź»