SZKODA CZASU

Fantastyczna Czwórka

przez dn.29 października 2015
 

„Masakryczna Czwórka” czyli „Fantastyczna Czwórka” w roku 2015

 

Chociaż stwierdzenie to jest nieco krzywdzące, trzeba przyznać, że świat współczesnej, bohaterskiej kinematografii podzielił się na dwie części. Jeśli zapowiadany jest jakiś film lub serial opierający się na osobie herosa (pod jakimkolwiek względem), wiadome jest, że  będzie bazował na komiksowym pierwowzorze jednego z dwóch czołowych twórców – Marvela lub DC Comics. W obu przypadkach są to amerykańscy producenci i wydawcy, którzy zadebiutowali w latach 30. XX wieku, a ich „twory” od tamtych czasów nieustannie cieszą się ogromnym powodzeniem. Marvel jest znany z takich postaci, jak: Kapitan Ameryka, Iron Man, Avengers, X-Men, Spider-Man, czy (właśnie) Fantastyczna Czwórka. Do dorobku DC należą natomiast: Superman, Batman, Flash, Arrow, Catwoman, Wonder Woman. Za każdym razem fabuła opiera się na moralności bohaterów, współczesnych olimpijskich bogów, którzy niejednokrotnie poświęcają swoje życie i wykorzystują swoje umiejętności do walki ze złem i nieprawością, chroniąc tym samym ludzkość. Do tego celu powołano także Fantastyczną Czwórkę – drużynę niezawodnych jednostek obdarzonych niezwykłymi mocami.

Jak prezentuje się ich geneza? Podczas podróży statkiem kosmicznym zostali wystawieni na promieniowanie, które spowodowało pojawienie się u nich wyjątkowych zdolności, „tajemnych” mocy. I tak oto Reed Richards potrafił rozciągnąć swoje ciało do niewyobrażalnych długości, skórę Bena Grimma pokryła gruba, kamienna warstwa (właściwie stał się olbrzymim kamieniem), dzięki której posiadł nadludzką siłę, Sue Storm umiała stawać się niewidzialna oraz generować pole siłowe, zaś Johnny zmienił się w człowieka-pochodnię, który panował nad ogniem tuż po każdorazowym powodowaniu samozapłonu swojego ciała. Idąc za przykładem kolegów po fachu, FF (Fantastic Four) postanowili wykorzystać swoje moce ratując słabych i niewinnych przed zagładą ze strony złych ludzi i obdarzonych mocami antybohaterów.
 

Co poszło nie tak, jak powinno?
 

1) Akcja

Chyba każdy z nas przywykł do standardowego układu fabuły w ciągu „I walka, II walka, III walka z określeniem wygranej”. Ma to miejsce np. w „Transformersach”, „Avengersach”, czy nawet „Pikselach” (2015). Logiczne jest, że film opiera się na kilku punkach-walkach sił dobra ze złem, tak, aby widzowie w punkcie kulminacyjnym doczekali się walki ostatecznej i decydującej o tym, kto zwyciężył, a kto okazał się zwyciężony. Tegoroczna „Fantastyczna…” prezentuje tylko jedną walkę, która i tak jest bardzo naciągana i (aby nie skłamać, policzyłam) na ekranie trwa całe 7 minut (!). To się nazywa ponieść porażkę. Niestety, w związku z tym, że potencjał bohaterów nie zostaje wykorzystany w pozostałym czasie (czyli 1:33:00), film nudzi i powoduje dyskomfort, bo ile czasu można sobie zadawać pytanie: „kiedy w końcu zacznie się akcja?”. Film akcji, którym właściwie zawsze jest produkcja o herosach, stał się bardziej filmem obyczajowym. Nieefektywnie, szczegółowo (choć jest to zabieg wybiórczy) opowiadana jest historia powstania grupy czworga przyjaciół – dowiadujemy się, skąd pochodzi ich moc oraz w jaki sposób narodziła się możliwość dotarcia do planety Ziemia Zero (czyli Ziemia w wersji numer 2). Całe szczęście, że twórcy wpadli na genialny pomysł umieszczenia w scenariuszu jakiejkolwiek bitwy! Nie czepiajmy się zatem jej wykonania (nad tym można już tylko załamać ręce), ponieważ trzeba się cieszyć, że w ogóle znalazło się dla niej miejsce.
 

2) Bohaterowie

Dość ryzykownym posunięciem było obsadzenie w roli Johnny'ego, brata Sue, ciemnoskórego aktora. I tu spore zaskoczenie, ponieważ jego gra budzi bodaj najmniej zastrzeżeń. Szczególnie drażni mnie umieszczanie w wielu produkcjach, w krótkim odstępie czasu tych aktorów, którzy chwilowo są na topie (nie wnikam już w fakt, kto o tym decyduje). Mam na myśli Milesa Tellera, który nie porywa wybitnością, a zwyczajnie męczy. W „Whiplashu” (2014) był dobry, przekonujący, jednak to by było na tyle.

W FF postacie nie tworzą całości. Film ukazuje wprawdzie ich naciąganą wewnętrzną walkę myśli, powinności i różnicę priorytetów, ale ostatecznie w „drużynie przyjaciół” zdecydowanie brak zarówno przyjaźni, jak i jednomyślności. Fantastyczna Czwórka, którą znamy z wcześniejszych lat (2005 i 2007) jest jednym organizmem, ponieważ każdy z osobna pracuje na wspólny sukces. Namiastkę tej współpracy widzimy we wspominanych 7 minutach walki ze złym Victorem von Doomem. Kolejny element, przy którym trzeba się zatrzymać. Nie było chyba nigdy antybohatera, którym nie kierowałoby zło wynikające z konkretnych niezadowoleń i cierpień. Joker, Goblin, Magneto. Każdy z nich miał powód, aby stanąć po stronie zła. Co z Doomem? Poznajemy go jako samotnika o nieprawdopodobnych zdolnościach umysłowych i nieco anarchicznych poglądach. Skąd wywodzi się jego pragnienie zniszczenia Ziemi i uśmiercenia bliskich? Wyjaśnić to można jedynie wpływem promieniowania kosmicznego. Dziwne jednak, że jedni (czwórka tytułowych bohaterów) potrafili wykorzystać swoją moc w dobrych celach, inni (Doom) pragnęli niszczyć wszystko, co stanęło im na drodze. Nie wierzę w taki obrót sprawy. Z kota chodzącego swoimi ścieżkami zrobiono seryjnego mordercę. W ten sposób Victor, bez cienia wątpliwości i bez wahania, był zdolny zabić długoletniego przyjaciela, który zawinił tym, że akurat szedł tym samym korytarzem…

Reasumując, aktorom nie sposób zaufać. Brakuje ich emocji – smutku w tych scenach, w których umierają ich najbliżsi (śmierć dra Franklina Storma, która jest nierzeczywistych i żałosna), zaś radości tam, gdzie np. formułuje się kształt fantastycznej drużyny. Mam wrażenie, że każdy z nich pochodzi z innej planety. Zdecydowanie nie współgrają ze sobą ich charaktery, przeżycia i działania, ponoć ukierunkowane na ratowanie ludzkości.
 

3) „Po co komu?”, czyli sceny nikomu niepotrzebne

Mam tu na myśli zwłaszcza tę scenę, w której dowiadujemy się, że Reed po ucieczce z laboratorium zbierał materiały do ponownego zbudowania maszyny, która po raz kolejny miała otworzyć tunel do Ziemi Zero i w tym sposobem ułatwić znalezienie pomysłu na cofnięcie tajemniczych mocy (?), zwłaszcza u jego przyjaciela Bena. Postawiłam znak zapytania, ponieważ nie zostaje wyjaśnione, dlaczego Richards nie wrócił po swoich przyjaciół i nie uratował ich przed licznymi badaniami i eksperymentami. Domyślamy się, że być może kierował się myśleniem o Benie i jego kamiennym cierpieniu oraz pragnieniem zdjęcia z jego barków tego ciężaru (dosłownie i w przenośni – żaden inny bohater nie mówił o fizycznym bólu związanym z tym, kim się stał i jaką moc uzyskał). Prawdopodobnie spędzał czas na szukaniu lekarstwa. Jak się jednak okazuje, i to wiemy na pewno, bezowocnie, ponieważ zostaje odciągnięty od swoich wynalazków i rzucony na pastwę wyrozumiałości Bena, Sue i Johnny'ego. Reed nie tłumaczy swojego postępowania. Co dziwne, nawet nie próbuje tego robić. Brak w tym wątku najmniejszego sensu, zatem „po co komu?”.
 

Podsumowując, w tym roku FF nikogo nie zaskoczy powiewem świeżości nowych technologii i lekkim, wciągającym scenariuszem. Produkcja poległa właściwie na każdym poziomie – muzycznym, aktorskim, fabularnym. Jedynym dobrze zrealizowanym elementem jest kamienna postać Bena – miło jest na niego popatrzeć, ponieważ animacja/grafika cieszy oko.

 


 

PLUSY

+ grafika/animacja

MINUSY

- chaos fabularny

- scenarzyści nie zrealizowali podstawowych założeń dla filmu o superbohaterach
- aktorski kicz
- totalny brak emocji = totalny brak wiary widzów

- monotonia, nuda, brak ruchu -> trzy słowa charakterystyczne

- filmowe zgwałcenie Marvela - film zdecydowanie odstaje poziomem od pozostałych produkcji opartych na komiksach

Ocena recenzenta
OCENA
3.4


Bądź pierwszym, który skomentuje
 
Zostaw odpowiedź»

 

Zostaw odpowiedź