Dziewczyna z pociągu

przez dn.10 października 2016
 

Prawdę mówiąc, książka Pauli Hawkins mnie nie zachwyciła. Dość przeciętna i niewywołująca szczególnych dreszczy… chociaż niepewnie wciągająca czytelnika w fabułę. Mimo że przeczytałam ją w dwa dni i byłam ciekawa „co?”, „kto?”, „komu?” i „dlaczego?”, lektura nie sprowokowała we mnie dzikiej furii wynikającej z nieznajomości odpowiedzi na te pytania – odpowiedź oczywiście pojawia się na końcu. „Dziewczynę z pociągu” poznawałam już z tą świadomością, iż za kilka miesięcy film wejdzie do kin. Wszedł.
 

Wrażenia?
Wyjątkowo to właśnie od nich rozpocznę. Film do bólu nudny, nieinteresujący, niemrawo budujący akcję i brutalnie obchodzący się z książkowym pierwowzorem. Brutalnie? Tak! Wiele wątków zostało pominiętych, a szkoda, ponieważ to właśnie one tworzyły postać Rachel, Toma i Anny. Mimo, iż film nosi ten sam tytuł co książka i sprawia wrażenie, jakoby skupiał się na alkoholicznej Rachel, nic bardziej mylnego! Główną bohaterką filmu jest moim zdaniem Megan i z tą decyzją absolutnie się nie zgadzam… U Pauli Hawkins poznajemy trzy bohaterki – Rachel, Annę, Megan – i to właśnie z perspektywy tych trzech kobiet Hawkins przedstawia nam ich wspólną historię. Podczas lektury obawiałam się, że niecodzienna koncepcja książki i budowa jakby równolegle pamiętnikowa (dla kilku równorzędnych postaci) sprawi trudność twórcom filmu. Tak, sprawiła. Niezależnie, czy patrząc przez pryzmat książki, czy też nie, „Dziewczyna z pociągu” zadaje ból wszelkim członkom…
 

Rachel.
Nie pomyliłam się – Emily Blunt poradziła sobie z rolą Rachel. Emily zawsze była dla mnie taka nijaka, jakby lekko nieobecna i bez wyrazu –  do roli alkoholiczki z kompleksami wprost idealna. Wiem, że brzmi to fatalnie, ale prawda nie zawsze jest piękna. Rozmazany makijaż, drgające dłonie, niepewne spojrzenie i chwiejny krok – prawie stuprocentowa Rachel. Prawie, bowiem lekko zbyt zadbana, zbyt czysta, sprawiająca wrażenie zbyt porządnej. Książkowy pierwowzór to kobieta z problemami, która zatraciwszy się w swoim cierpieniu i życiowym rozczarowaniu nie jest zdolna do trzeźwych zachowań – racjonalnego myślenia, snucia planów, podejmowania rozsądnych decyzji. Jej życie opiera się na utartym schemacie – takim, który działa i jest niezawodny – codzienna podróż pociągiem o 8:04 do wyimaginowanej pracy w Londynie (w filmie ni stąd, ni zowąd pojawia się Nowy Jork, a to przecież już inny kontynent, czego prawdopodobnie nie powiedziano scenarzystce – choć pogoda w dalszym ciągu w istocie angielska), przesiadywanie w bibliotece i snucie się po mieście oraz powrót do domu, zaś każdą wolną chwilę wypełnia flaszka wódki, butelka wina lub jakiegokolwiek innego trunku i uprzykrzanie życia nowej rodzinie byłego już męża. Zarzygana, brudna, z dziurami w pamięci. Bez umiaru dzwoniąca do byłego męża o każdej porze dnia i nocy i niszcząca jego cudowne życie u boku nowej żony i córeczki. Rachel w filmie nie jest wiarygodna. Być może któregoś z widzów oszukają jej łzy, czy trzęsące się ręce, jednak nie na długo. Bohaterka pije, pije i pije do tego stopnia, że nie panuje nad swoim ciałem, językiem i umysłem – aż tak, że ani razu nie wymiotuje, żaden bliski nie poucza jej, żeby wzięła się za siebie ani nie zaprowadza jej na spotkanie grupy wsparcia. Alkoholizm bez alkoholizmu. Pięknie – czysta fikcja.
 

Anna.
Najbardziej potraktowana po macoszemu. W krótkich flashbackach widzowie dowiadują się, że kiedyś była kochanką Toma, byłego męża Rachel, i zajęła miejsce w jej domu. Kolejna bezbarwna i nijaka postać – nie wiadomo co myśli, co czuje, czego chce od życia i jakimi uczuciami darzy Rachel, Toma, córkę, Megan czy kogokolwiek innego. Książka? Anna była emocjonalną bombą!
 

Megan.
Megan (w tej roli Haley Bennett) jest, Megan płacze, Megan z lekka romansuje (o romansach więcej mówi, niż w nich tkwi), aż w końcu znika. I Megan nie ma. Powtórzę się po raz kolejny – postać nijaka, bezbarwna, niewiarygodna. Nie współczujemy jej, a w gruncie rzeczy nawet nie jesteśmy ciekawi, co się z nią stało, gdy zostaje uznana za zaginioną – żyje czy umarła? Czy w głowie któregokolwiek z widzów pojawi się takie pytanie? Szczerze w to wątpię… Jest to kolejna z postaci, która ani ziębi, ani grzeje – a jeżeli już musieć wybrać to najprędzej ziębi…
 

Tom.
Ludzie wstydu nie macie! Niestety… powtórka z rozrywki… Mężczyzna, który gdzieś przemyka po domu – raz całuje żonę w policzek, kiedy indziej wysiada z samochodu z zakupami. Nijaki, przeciętny. Nikt nie poświęca mu zbyt wiele uwagi, a w samej akcji filmu nie za bardzo znalazło się dla niego miejsce. Nie wiadomo kim jest, co robi, jaki ma charakter – co go denerwuje, jaki ma kontakt z byłą żoną itp. Nic o nim nie wiadomo. Nie chcę spoilerować, dlatego powstrzymam się od wszelkich uwag związanych bezpośrednio z fabułą i jej rozwiązaniem. Prawdą jest jednak, że zarówno w trakcie seansu, jak i po nim, o Tomie nie wiemy niczego. Znowu odwołam się do książki, w której Hawkins świetnie nakreśliła wizerunek Toma. W gruncie rzeczy jest to przecież thriller poświęcony właśnie Tomowi i Rachel – analizie ich upadłego związku i choroby, którą oboje „tworzą” i „pielęgnują”. Thriller psychologiczny!
 

Z obsady aktorskiej zaakceptowałabym wyłącznie Emily Blunt jako Rachel i Allison Janney jako Det. Riley. Całej reszty można by było się pozbyć i raz jeszcze przeprowadzić castingi. Nieprzemyślanie dobrani aktorzy sprawiają, że film nie tworzy spójnej całości – razi brakiem harmonii. Efekt jest taki, że mamy wrażenie, jakby każda postać została siłą wydarta ze swojej bajki, zaś każda bajka z innej książki. Jak zatem ma to grać? Jak widz ma odczuwać chemię między bohaterami? Nie ma i nie odczuwa.
 

Muzyka.
Kolejny temat rzeka, jednak niewart jakiejkolwiek uwagi – nieprzemyślana, bezemocjonalna, nietreściwa, bez wyrazu. Wielokrotnie wysuwa się na pierwszy plan, ponieważ po prostu nie pasuje. Gryzie się z obrazem. Dosłownie. Do reszty niszczy wszystko to, czego jeszcze nie popsuła obsada i scenariusz.
 

Podsumowanie.
Brak mi słów, by wyrazić wrażenia po seansie. Okazał się rozczarowujący, banalny i żałosny. Realizacja do bólu porównywalna do ekranizacji sagi „Zmierzchu”. Historia Pauli Hawkins została bestialsko zdeptana.
„Dziewczyna z pociągu” to próba barbarzyńskiego ataku na widzów, jednak my się nie damy… Wciąż będziemy czytali pierwowzory literackie i nie zniechęcimy się tylko dlatego, że hollywoodzcy twórcy uparcie niszczą nasz świat. Do następnego!

 

PLUSY

+ Emily Blunt - idealna do roli alkoholiczki zdradzanej przez męża
+ mimika i grymasy Emily - liczne ujęcia twarzy aktorki w celu oddania jej emocji
+ główna myśl -> "Wszyscy kłamią" (...najważniejsza sentencja doktora House'a)

MINUSY

- muzyka - niepasująca, nijaka, przeszkadzająca w odbiorze
- kiepsko dobrana obsada
- scenariusz - największa krzywda zadana książce: spłycenie charakterów postaci, usunięcie książkowych zależności bohaterów względem siebie, pominięcie psychiki postaci
- brak konsekwencji - z jednej strony sceny namiętnego seksu, z drugiej zaś czcza gadanina - nic w tym filmie do siebie nie pasuje
- "ciężkość" fabuły - próbowano zrobić poważny thriller, a to co wyszło, to najwyżej podrzędny dramat
- bezemocjonalność akcji
- ponure przedstawienie osadzone na przedmieściach Nowego Jorku - akcja książki umiejscowiona w Anglii
- zdeptano książkę - thriller Pauli Hawkins nie jest szczytem literackich umiejętności, jednak trzeba przyznać, że jakkolwiek trzyma w napięciu i wszystko dzieje się w jakimś celu (konkretniej w celu sukcesywnego dojścia do rozwiązania) - w filmie nic nie jest celowe

Ocena recenzenta
OCENA
5.0


komentarze
 
Zostaw odpowiedź»