American Assassin

przez dn.24 września 2017
 

Mitch Rapp nie jest przeciętnym Amerykaninem – nie goni za bogactwem, sławą, nie urządza nowoczesnego apartamentu, który być może pewnego dnia otrzymałby w spadku po zmarłej praciotce… Tylko jedna myśl, którą nieustannie ma w głowie, determinuje jego życie – „zabić TYCH wszystkich skurwieli, a tuż przed tym sprawić, by niewyobrażalnie cierpieli”. „Tych”, czyli których? Gdy ukochana Mitch’a, Katrina, ginie na jego oczach w ataku terrorystycznym (podczas ich wspólnych wakacji na hiszpańskiej wyspie), postanawia nie być bezczynnym i bierze sprawy w swoje ręce. Policja? CIA? Cała reszta? Cóż oni mogą zrobić, skoro do tej pory ich zasługi były dość mierne? Przekonany o bezsilności służb sam organizuje swoje szkolenie – walka wręcz, strzelanie, nauka arabskiego i praca stricte wywiadowcza. Silna motywacja doprowadza do spotkania twarzą w twarz z terrorystą bezpośrednio odpowiedzialnym za atak półtora roku wcześniej na ibizyjskiej plaży. Gdy do jego (niemal samobójczej) akcji wmiesza się CIA, będzie musiał popracować nad skorygowaniem swojej vendetty.
 

Przyznam, że wprowadzenie do właściwej akcji filmu odebrałam niezwykle emocjonalnie. Zapewne wynika to z faktu, że akt terroru, który widzimy na ekranie to kopia tego, co dzieje się obecnie w różnych europejskich miastach – ludzie idą do pracy i…giną na ulicy, korzystają z upragnionych wakacji, spacerują nadmorską promenadą i…giną rozjechani przez ciężarówkę. Mimo iż tym razem do szerzenia terroru jest używana broń, obraz rozstrzeliwanych ludzi, uciekających niczym przerażone kurczęta, wywiera ogromne wrażenie. Trudno nie doświadczyć wymowy tych scen. W gruncie rzeczy rozchodzi się o ludzką niemoc, bezradność i ulotność życia, które chcąc, nie chcąc, obserwujemy niemal każdego dnia chociażby na ekranach naszych telewizorów… Jednak emocje, o których w „American Assassin” mówi się bardzo dużo, to nie tylko pałanie zemstą i nienawiścią – to przede wszystkim ból i cierpienie. Szeroko pojęte. I mimo, że większość z nas odbierze ten film jako kolejny film akcji o walce Ameryki z niegodziwymi i bezbożnymi terrorystami, to można odnaleźć w nim również subtelnie uchylone drzwi do analizy „jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie”, bowiem w wojnie, która jest tu ukazana, czyli USA kontra Dżihad, nie ma świętych – obie strony konfliktu mają na swoich rękach krew niewinnych (temu wątkowi poświęcono kilka ujęć). To bardzo wymowne, chociaż „AA” z pewnością nie jest produkcją poświęconą analizie wojny z terroryzmem – to po prostu film akcji.
 

Niespecjalnie szukając, w wielu miejscach w internetowych zaułkach natknęłam się na ogólne podniecenie tym, że akcja filmu ma również miejsce w Warszawie… Cóż… Pozbawię was złudzeń, bowiem Warszawy jest w nim tyle, co kot napłakał… Jedna, krótka scena, w której (chociaż raz w życiu!) swój epizod mają polscy aktorzy, którzy mówią po POLSKU, a nie np. po rosyjsku czy ukraińsku, co wielokrotnie miało miejsce w podobnych scenach. I… to by było na tyle. No ale tak… akcja filmu toczy się w Warszawie. Tak. Przez ułamek sekundy. W teorii.
 

Jak przystało na film akcji, spotkamy sceny walki, ucieczek, pościgów i strzelania, ale gdy zbierzemy to wszystko w całość, okaże się, że było ich zdecydowanie za mało, a rozczarowanie, które ostatecznie przeżyjemy, stanie się trudne do zaakceptowania. W filmie akcji, prawdziwej akcji jest dość niewiele – to nieustanne rozpracowywanie, szkolenie, walka z nieposłuszeństwem ucznia (konkretnie Mitch’a), słowne przepychanki, chodzenie, zmiana scenerii, znowu chodzenie, kilka zadanych ciosów i znowu zmiana miejsca akcji. Twór, który robi dobre wrażenie jako całość, rozczarowuje, gdy poddaje się go szczegółowej ocenie. Okazuje się bowiem, że jest zwyczajną wydmuszką – kompletnie pusty w środku. Po rozłożeniu go na czynniki pierwsze żaden z jego aspektów nie robi szczególnego wrażenia – jest przeciętny, a nawet można go ocenić poniżej przeciętnej. Dogłębna analiza zdecydowanie mu szkodzi. Twór, nad którym pracowało aż czterech scenarzystów… Zdumiewające…

 


 

PLUSY

+ sceny otwierające film

+ zakończenie

+ niemal od początku akcji jasno określony czarny charakter - obecnie niezbyt często się to zdarza


MINUSY

- za dużo zmian lokalizacji akcji - miszmasz
- okropne makiety w kluczowym momencie, chociaż moment sam z siebie zaskakujący pod względem fabularnym - przeważnie unika się tego typu rozwiązań

- tandetne wybuchy
- bezsensowne śmierci bohaterów - nie dość, że nic nie wnoszą to i kiepsko wykonane
- przeciętny Michael Keaton jako Stan Hurley

- niezwykle głupia postać Irene Kennedy (Sanaa Lathan)
- poważnie aż cztery osoby od scenariusza?!
- muzyka
- coś mało akcji w tej akcji

Ocena recenzenta
OCENA
5.7


Bądź pierwszym, który skomentuje
 
Zostaw odpowiedź»