13 Hours: The Secret Soldiers of Benghazi

przez dn.7 czerwca 2016
 

Życie żołnierzy do łatwych nie należy. Zawsze są w gotowości. Jadą tam, gdzie ich wysyłają. Czujni, ostrożni, odważni, zdeterminowani. Ilu z nas stanęłoby w obronie swoich przekonań? Ilu z nas poszłoby na front, bo zwierzchnik (którym i tak koniec końców jest polityk – prezydent, król) tak zaordynował, mówiąc jedynie, że tak właśnie trzeba?
 

Dobrych filmów o żołnierzach, antyterrorystach, agentach CIA czy FBI zbyt wiele nie ma. Wyczekuję takich produkcji i uparcie je wyszukuję, jednak i tak jest ich jak na lekarstwo… 
 

„13 Hours: The Secret Soldiers of Benghazi” to film wyreżyserowany przez Michaela Baya – odpowiada za takie twory jak „Transformersy", „Pearl Harbor”, „Bad Boys” czy „Armageddon”, dlatego już w tym miejscu wiadomo, że będzie to kawał dobrego kina. Scenariusz Chucka Hogana powstał na podstawie książki Mitchella Zuckoffa pt. „13 Hours: The Inside Account of What Really Happened in Benghazi”. Na początku seansu dowiadujemy się, że jest to historia prawdziwa…
 

W 2012 roku w Libii, tuż po tym, gdy zdetronizowano dyktatora Muammara Kaddafiego po 42 długich latach jego rządów, zapanował chaos. Państwa Zachodu pragnęły dla Libijczyków lepszej teraźniejszości i przyszłości, które miałyby być oparte na demokracji, wzajemnym szacunku i zrozumieniu. Libia miała jednak inny pomysł na siebie. Gdy libijskie bojówki i gangi zaczęły okradać zbrojownie zamordowanego dyktatora, wybuchły walki o terytoria i dominację. W ten sposób „Bengazi stało się jednym z najniebezpieczniejszych miejsc na Ziemi”. Ewakuowano wszystkich pracowników dyplomacji za wyjątkiem personelu ambasady USA i tajnej bazy CIA. Na każdym kroku Amerykanom groziło niebezpieczeństwo, bowiem wszędzie otaczali ich nienawistni tubylcy, którzy bacznie ich obserwowali, aby znaleźć jak najlepszy sposób na ich ostateczne wyeliminowanie. I jak tu pracować? Odstawmy żarty na bok… Amerykańscy „najeźdźcy” sami tworzą zabójczy zapalnik, gdy do Bengazi przylatuje ambasador USA Christopher Stevens (z dwuosobową (!) ochroną…). W jedenastą rocznicę wydarzeń z 11 września 2001 roku Libijczycy atakują amerykańską ambasadę – strzelają do każdej żyjącego obcokrajowca, podpalają budynki, detonują bomby. Czy byli wojskowi z GRS (ang. Global Response Staff), należący do grupy prywatnych firm ochraniających tajną bazę CIA, przyjdą im na ratunek?
 

1) Idź, walcz, lecz nie czekaj na wsparcie.

„13 Godzin” dobitnie ukazuje brutalność świata, z którym zmagają się żołnierze – wielokrotnie zdani sami na siebie, pozostawieni na pastwę losu w miejscach wyklętych przez ludzi i opuszczonych przez Boga. Proszą i błagają o wsparcie armii, jednak go nie otrzymują, ponieważ nie jest to „opłacalne”. To przecież „tylko” kilka ludzkich istnień… Doradcy Prezydenta siedzący na wygodnych fotelach wypierają się swoich ludzi walczących w ich imieniu i narażających swoje życie.
 

2) Jeden za wszystkich, wszyscy…

Wśród żołnierzy funkcjonuje niebywały kodeks, polegający m.in. na niezostawianiu ludzi na polu bitwy (niezależnie czy żywych, czy martwych) oraz wzajemnym chronieniu siebie. Niby to takie oczywiste… Są jedną, wielką rodziną okazującą sobie bezgraniczne wsparcie w każdych trudnych warunkach i we wszystkich sytuacjach bez wyjścia. Gdy ambasada USA została atakowana przez bojowników, żołnierze GRS, których zadaniem było jedynie chronienie placówki CIA, bez wahania zaproponowali swoje wsparcie, mimo iż w żadnym razie nie leżało to w zakresie ich obowiązków. Solidarni i zawsze gotowi do niesienia pomocy.
 

3) Walka w nie swojej walce.

O to się wszystko rozchodzi – czemu USA wciąż bagatelizują przesłanki o możliwym niebezpieczeństwie? czemu amerykańscy żołnierze walczą w bliżej nieokreślonym celu? czemu światowe imperia pchają się do cudzych wojen domowych? czemu w bezsensownych walkach giną niewinni ludzie i osieracają swoje równie niewinne dzieci?
Dlaczego? W jakim celu? Jak długo jeszcze?

To są te pytania, które huczą w naszych głowach tuż po seansie. Łzy same uciekające po policzkach, ból duszy i kryzys rozważań egzystencjalnych.

Warto to przeżyć… 

 


PLUSY

+ historia oparta na faktach

+ znakomicie ukazany heroizm amerykańskich bohaterów i kruchość zawieranych rozejmów

+ absolutnie wciągający i angażujący emocjonalnie

+ montaż i zdjęcia

+ przekonująca rola Johna Krasinskiego - na barkach jego postaci oparto całą akcję

+ początek filmu - wprowadza widza w sytuację polityczną w Libii


MINUSY

- hm, chyba jednak zbyt pompatyczny - postacie pozbawione ludzkości, przeciętności, przedstawieni jako herosi, są zaś wątpiącymi bohaterami z problemami

- ponoć film nie oddaje całej prawdy przedstawianej historii, co akurat nikogo nie powinno dziwić; zastanawiam się jednak nad postacią Boba (w tej roli David Costabile), szefa CIA w Bengazi - z jednej strony nie wyraził zgody, aby jego „ochroniarze” pomogli osaczonemu ambasadorowi, z drugiej zaś został odznaczony za wyjątkową odwagę i gotowość do walki (w rzeczywistości ponoć nie było żadnych sytuacji, które mogły opóźnić pomoc ze strony GRS)

- stety czy nie, film otwiera furtkę do różnych teorii spiskowych związanych m.in. z ówczesną działalnością Baracka Obamy i słusznością podejmowanych decyzji przez jego doradców, przede wszystkim tych, którzy są bezpośrednio związani z amerykańskimi siłami zbrojnymi


Ocena recenzenta
OCENA
7.6


komentarze
 
Zostaw odpowiedź»